Zaangażowani czy eskapistyczni
Wątki społeczno-polityczne we współczesnej polskiej literaturze okołofantastycznej.
Artykuł pochodzi z: Emarginacje tom 1: Dlaczego warto czytać polskich autorów?
Uczestnicy Wielkiej Dyskusji
Anna Nieznaj
Cranberry
Lubelska autorka fantastyki, recenzentka „Esensji”, programistka, z wykształcenia matematyczka. Należy do grupy Harda Horda. Autorka opowiadań i książek SF („Błąd warunkowania”, „Dolina niesamowitości”) uczestniczka projektu Jutronauci 2018 „Gazety Wyborczej”. Nominowana do Nagrody im. Zajdla, Nagrody im. Parowskiego i do Śląkfy w kategorii „Twórca roku”.
Grzegorz
Czapski
Historyk, filolog (rusycysta), grafoman-amator, fan fantastyki wszelakiej. Pochodzi z Siedlec. Prezes zarządu Stowarzyszenia Klub Miłośników Fantastyki „Biały Kruk” i redaktor naczelny Magazynu „Biały Kruk”. Swoje opowiadania publikował w: „Snach Umarłych 2022”, „Tu był las”, „X. Antologii opowiadań fantastycznych”, „Korfantówce”, „Magazynie Histeria”, „O!Fce” i w „Szortalu”.
Paweł Domownik Kurczak
Grzesznik filologiczny. Czasem recenzent, publicysta, projektant erpeżków i organizator konwentów. Prowadzi w głowie złomowisko złej i dziwnej fantastyki. Chciałby polecieć do gwiazd, ale nie może, bo opiekuje się absolutnie szalonym kotem. Lewak.
Tomasz
Kozłowski
Sprawca całego Emarginacyjnego zamieszania. Redaktor po godzinach, współtwórca fundacji iatelier, w ramach której tworzy rozmaite projekty literacko-teatralne. Podczas składania „Emarginacji” słuchał nowych płyt Katatonii, Volbeat i dużo Springsteena.
1. Literatura zaangażowana
Co właściwie nazywamy literaturą zaangażowaną – czy chodzi o podejmowane przez bohaterów działania, istotne elementy w opisie świata, nawiązania do prawdziwych wydarzeń, czy może jeszcze coś innego?
Kurczak: Każda literatura, tak jak każda inna forma kultury, jest zaangażowana. Część po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy. „Yes it’s fucking political” – jak śpiewało Skunk Anansie. Każda osoba ma pewną platformę moralną i polityczną, z której ocenia zachowania i działania innych. Osoba tworząca kulturę z konieczności angażuje tę platformę w swojej twórczości. Są teksty, które robią to otwarcie, jak na przykład twórczość Janusza A. Zajdla, Alana Moore’a czy Ursuli K. Le Guin, ale są też takie, którym wydaje się, że nie są zaangażowane. Zazwyczaj wtedy po prostu nieświadomie replikują status quo.
Weźmy chociażby militarną science fiction o Honor Harrington – niby to tylko zwykłe piu-piu w kosmosie. Jednak gdy się wczytamy, to odkryjemy, że ci Źli są złymi dlatego, że nie słuchają się neoliberalnej ekonomii i nie mają zbilansowanego budżetu. Albo taki Projekt Hail Mary Andy’ego Weira. Gdzie tam zaangażowanie? Gdzie tam polityczność? Ano w silnym przekonaniu, że będzie wspaniale, kiedy w momencie kryzysu wszyscy politycy zakończą spory i oddadzą władzę apolitycznej technokratce z Doliny Krzemowej. Mamy w tej chwili jednego takiego, co biega po Białym Domu z piłą łańcuchową. W dobie kryzysu mieszkaniowego nawet to, jak wyglądają wnętrza w serialach TVN-u, jest polityczną deklaracją.
Literatura fantastyczna jest zaangażowana po dwakroć. Sparafrazuję Briana Stableforda: „SF pozwala nam dowiedzieć się więcej o tym, jak zorganizować nasz świat, dzięki temu, że odwiedzamy w niej światy wymyślone, zupełnie inne od naszego, po to, by przez przyjemne eksperymenty myślowe, zobaczyć, jak inaczej można robić rzeczy”. Uświadamianie ludziom tego, że istnieją alternatywy, jest zaangażowane fhuj.
Tomek: Nie ma wątpliwości, że każdy wytwór kultury jest umiejscowiony w jakimś światopoglądzie, łączącym się z podejściem do życia, społeczeństwa czy też polityki. Natomiast nie każdy utwór będzie wypowiedzią, w której elementy polityczne stanowią istotny element dzieła (na zasadzie: czy gdyby treść danego utworu działaby się w zmienionej sytuacji politycznej, to czy wymowa i sens utworu byłyby inne? Bo jeżeli nie, to czy możemy mówić o zaangażowanym dziele? Pewnie jak w przypadku wszystkich brzytw i testów, znalazłyby się książki, dla których takie rozróżnienie nie będzie działać, ale przyjmijmy je dla uproszczenia).
Powiedziałbym, że w przypadku prozy utwory zaangażowane to będą takie, w których:
a.) bohaterowie angażują się w działalność polityczną bądź okołopolityczną (niezależnie od settingu, przykładowo: Luna to surowa pani Roberta A. Heinleina, Kroniki Amberu Rogera Zelazny’ego czy Lód Jacka Dukaja);
b.) losy bohaterów są ściśle powiązane z panującą sytuacją polityczną (przykładowo: cały Hrabia Monte Christo Aleksandra Dumasa by się nie wydarzył, gdyby nie spisek związany z powrotem Napoleona; wydarzenia w Zabójczej sprawiedliwości Ann Leckie czy Pamięci zwanej Imperium Arkady Martine);
c.) bohaterowie wprawdzie nie angażują się w działalność polityczną, ani też sytuacja polityczna nie wpływa na nich bezpośrednio, ale ich wypowiedzi bądź działania świadczą o konkretnej orientacji politycznej, która jest jedną z ważniejszych cech budujących całą postać (nie bardzo możemy mówić o subiekcie Rzeckim z Lalki bez jego bonapartyzmu).
To jest takie podstawowe rozróżnienie. Można też wprowadzić podział na akceptację status quo oraz dążenie do jego zmiany. Co ciekawe, akceptacja status quo wcale nie jest jednoznaczna z zadowoleniem z przedstawionego w utworze systemu bądź sytuacji politycznej, ale bohaterowie albo nie mają zasobów ani pomysłów, co z tym zrobić, albo też ich działania tylko pozornie cokolwiek zmieniają – w Straży nocnej Terry’ego Pratchetta dochodzi do rewolucji, ale ta rewolucja oznacza wyłącznie wymianę rządzących, bez żadnych innych osiągnięć.
Innym, bardzo częstym ujęciem zaangażowania są częste nawiązania do współczesnej sytuacji politycznej – cały nurt polskiej fantastyki politycznej polegał na tym, że choć akcja powieści Janusza A. Zajdla czy filmów Juliusza Machulskiego działa się na odległych planetach bądź w wymyślonych światach, to wszyscy wiedzieli, że dotyczyła tak naprawdę realiów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Nawiązywanie do dzisiejszych czasów i problemów jest równie częste także w „naszej” epoce – przykładem „zła Unia Europejska” w Panu Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza.
Grzesiek: Zapewne nikogo nie zdziwi moja odpowiedź – współcześnie literatura niezaangażowana nie istnieje. Każdy utwór będzie odbiciem przekonań autora lub będzie zawierał wątki autobiograficzne. Nawet taki Harry Potter J.K. Rowling (podejrzewam, że wiecie, o czym mówię). Kwestią jest tylko, czy będzie to świadomy – a nawet celowy – zabieg, czy niekoniecznie. Nie da się jednak od tego uciec, można natomiast analizować i wchodzić w dyskusję z autorem (ciągle naiwnie wierzę, że prawdziwa, merytoryczna dyskusja nie umarła całkowicie). Możemy się zgadzać z poglądami, które jego umysł pokazał w utworze, lub nie.
Jeśli już mówimy o zaangażowaniu w literaturze, to spójrzmy trochę w historię, również z perspektywy naszego polskiego podwórka. Literatura zawsze miała jakąś konkretną funkcję, od roli służebnej wobec narodu, po ukazanie emancypacji jednostki. Wszystko zależy od okresu. Z lektur szkolnych (lub ich streszczeń) pamiętamy okres romantyzmu i pozytywizmu, kiedy to Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid, Bolesław Prus czy Henryk Sienkiewicz pisali w konkretnym celu, zaangażowani w pisanie ku pokrzepieniu serc i ukazanie martyrologii narodu polskiego. Okres minionego PRL-u, chociażby ze względu na prozę Janusza A. Zajdla, również można nazwać literaturą zaangażowaną, ukazującą przywary życia codziennego w komunizmie. Limes inferior czy Paradyzja są najlepszymi tego przykładami.
Jestem jednak zdania, że w każdej epoce literackiej lub historycznej poziom zaangażowania literatury był raz większy, raz mniejszy. Niczym sinusoida. Pokuszę się o stwierdzenie, że jesteśmy obecnie w okresie zwyżkowym. Tłumaczę to coraz powszechniejszym zaangażowaniem ludzi w działania aktywistyczne, które przenoszą się również do literatury. Z czasem będą coraz głośniejsze. Szczególnie widoczny jest wśród młodszego pokolenia wzrost świadomości związanej z kryzysem klimatycznym i nierównościami społecznymi. Martwi mnie tylko jedna rzecz. Zaangażowanie jest mieczem obosiecznym, bo poza wyżej wymienionymi pojawia się problem polaryzacji całych społeczeństw, a tym samym radykalizacji w obie strony, co też nie zostanie bez echa w literaturze. Żeby tylko – już byliśmy świadkami pierwszych starć przeciwnych sobie obozów, również na naszym polskim, fantastycznym poletku.
Cranberry: Zastanawiam się, na ile jesteśmy w okresie zwyżkowym, jeśli chodzi o poziom zaangażowania politycznego utworów, a na ile szeroka publiczność jest tego bardziej świadoma. Jak już wspomniano, jakiś przekaz dotyczący obrazu świata niosą, jeżeli nie wszystkie, to większość opowieści – od tego, co jest happy endem w romansie, po propagandowe superprodukcje filmowe (od Czterech pancernych do Top Gun). Przy czym większość z nas w młodości chyba się nad tym aż tak nie zastanawiała, podczas gdy współczesne nastolatki są już bardziej świadome pewnych mechanizmów.
Tu właśnie znów wraca pytanie, co można uznać za zaangażowane – Sienkiewicz z rozbrajającą szczerością przyznawał, co jest jego celem; trudno też oczekiwać, że autorzy tacy jak np. Ian Fleming czy Frederick Forsyth nie podejmowali w pełni poinformowanych wyborów, obsadzając tak, a nie inaczej, role w swoich powieściach sensacyjnych. Natomiast inne teksty można jak najbardziej interpretować przez pryzmat światopoglądowy, ale to wcale nie znaczy, że zostały tak celowo napisane, z poziomu „meta”.
Chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze taką dość paradoksalną sytuację, kiedy jakiś temat budzi lub nie budzi jednoznacznych politycznych skojarzeń, w zależności od tego, kiedy utwór jest pisany lub czytany. Do głowy przyszła mi tu debiutancka powieść Aleksandry Zielińskiej Przypadek Alicji z 2014 roku, która jest onirycznym body horrorem opartym na motywie aborcji. Sam tekst nie jest absolutnie politycznym manifestem, jest literacko ciekawszy i głębszy, ale nie da się go czytać całkiem w oderwaniu od tego, że powstał w Polsce po 1993 roku, a nie gdzieś indziej lub wcześniej. Podobnie czytając wątek ciąży Milvy u Andrzeja Sapkowskiego, trzeba mieć świadomość, że został napisany w czasie, gdy temat był równie gorący, jak po 2020 roku.
Tu dodałabym, że od kunsztu autorów zależy, czy poruszanie aktualnych tematów będzie tylko błyskawicznie dezaktualizującą się publicystyką (nie zawsze wysokich lotów), czy wniesie coś więcej – oczywiście kluczowe jest tu literackie pogłębienie zamiast hasłowej tabloidyzacji.
Kurczak: Czy jesteśmy w okresie zwyżkowym? Nie wiem. Mam za to wrażenie, że zbiorowo przestaliśmy udawać. Spora część z nas i naszych osób piszących została ukształtowana przez lata dziewięćdziesiąte. Przypominam, że to czas, kiedy historia miała się skończyć. Polityka też mocno wychodziła wtedy z mody – miała ją zastąpić optymalizacja w ramach Merytokratycznego i Technokratycznego Ostatecznego Systemu. Próby dyskusji z tym modelem przy pomocy kultury kończyły się na „nie chcemy polityki w naszej muzyce, fantastyce itd.”. Jako polityczne/zaangażowane i budzące sprzeciw było rozpoznawane to, co dążyło do zmiany status quo. Musiało minąć ćwierć wieku i dojrzeć pokolenie osób twórczych, które najntisów nie pamięta, żebyśmy mogli znów rozmawiać.
Tomek: To jest ciekawe, że jako „polityczne” rozumiemy wszystkie próby zanegowania czy zmiany istniejącego porządku rzeczy. Ale w ten sposób dochodzimy do absurdu, bo w takiej interpretacji Ryszard III Williama Szekspira albo Trzej muszkieterowie nie są utworami politycznymi. Tylko to już jest głębsze wejście w treść poszczególnych historii i zastanawianie się, czy mamy tam kontestowanie, czy niekoniecznie. Dlatego też wyróżniłbym kilka poziomów polityczności tekstów.
Pierwszy – świat przedstawiony opisuje jakąś sytuację polityczną, ale nie skupia się na niej przesadnie (i tutaj mamy zapewne ogromną większość literatury).
Drugi – w utworze mamy refleksje na temat tej rzeczywistości. Pokazywane są związki przyczynowo-skutkowe, bohaterowie odczuwają konsekwencje decyzji politycznych. Tu przychodzą mi do głowy powieści Chiny Miéville’a, a z naszego podwórka to, co nazywamy „polską” fantastyką socjologiczną – powieści Janusza A. Zajdla, Edmunda Wnuka-Lipińskiego, filmy Juliusza Machulskiego itd.
Trzeci – utwory, o których możemy powiedzieć, że są political fiction per se. Czyli bierzemy jakąś hipotezę dotyczącą rzeczywistości politycznej, zastanawiamy się, „co by było, gdyby”, i wtedy kreujemy cały świat przedstawiony, żeby o tym opowiedzieć – jak w klasycznej strukturze opowiadania science fiction. I takich tekstów kojarzę najmniej. To jest tematyka i obszar, który bardzo mało interesuje naszych rodzimych autorów.
Stąd też obecność polityki w utworze nie jest równoznaczna z jego zaangażowaniem.
Grzesiek: Daliście bardzo dobre przykłady, bo faktycznie, obecność polityki nie jest równoznaczna z zaangażowaniem. Podtrzymuję jednak moją teorię o okresie zwyżkowym, choć jeszcze nie tak rozwiniętym, by był widoczny na pierwszy rzut oka. Chciałbym jednak zwrócić waszą uwagę na fakt, że żyjemy w czasach wzmożonego aktywizmu w wielu aspektach naszego życia, chociażby związanego z nierównościami społecznymi, polaryzacją społeczeństw, rozliczaniem poprzednich pokoleń, wpływem technologii i sztucznej inteligencji na społeczeństwo czy kryzysem klimatycznym. To już nie jest kwestia czasu, kiedy te tematy zaczną przenikać do dzieł kultury, to już się dzieje. Oczywiście może to być mniej świadome, podprogowe działanie, w związku z czym utwór niekoniecznie będzie zaangażowany, jak Tomek dobrze zauważył.
Jednak są autorzy, którzy zamieszczają w swojej twórczości wspomniane przeze mnie problemy naszych czasów bardziej świadomie, co w skali zbliża ich do tych zaangażowanych. Ot, chociażby Istvan Vizvary w Lagrange. Listach z Ziemi czy Magdalena Salik w Płomieniu oraz Wścieku. A to tylko czubek góry lodowej, i to tylko z naszej polskiej strony.
W świecie zachodnim już od jakiegoś czasu działa ruch solarpunku, próbujący przedstawić inne wizje rozwoju cywilizacji lub chociaż społeczności, które chcą żyć inaczej niż reszta. Często przedstawia postulaty skierowane przeciwko takim zjawiskom jak fastfashion lub nadprodukcja szybko zużywającego się sprzętu, którego samemu nie można naprawić, by nie naruszyć licencji producenta. Zachęca, by wiedzieć, jak samemu hodować warzywa i owoce (jeśli macie własne działki lub chociaż małą uprawę sałaty na balkonie, to brawo, jesteście w nurcie solarpunku) lub umieć naprawić czy wymienić coś w sprzęcie. Coś, co faktycznie kiedyś było powszechne, a w obecnej erze zanika.
Jednym z przykładów głoszenia wspomnianych przeze mnie postulatów jest autor i wydawca Francesco Verso, który robi to w swoich książkach, np. The Walkers lub No/Mad/Land. Niestety, ale jeszcze nie zostały wydane w języku polskim. Jak wiele solarpunkowych pozycji. Wspominam o Francesco z jeszcze innego powodu. Prowadzi on działalność wydawniczą Future Fiction i tworzy antologie zawierające wizje solarpunkowe autorów z różnych krajów. To jest prawdziwie zaangażowany człowiek, który chce dać głos autorom fantastyki naukowej spoza kręgu anglosaskiego, który na chwilę obecną dominuje na rynku pod hasłem Decolonize the Future. Francesco zbiera więc opowiadania z różnych miejsc, z Europy oraz Globalnego Południa (Azja, Afryka, Ameryka Południowa), tłumaczy je i wydaje po angielsku.
2. Jak to wygląda u polskich autorów?
Jak to wygląda u współczesnych polskich twórców? Kto sięga po zaangażowane treści, a kto ich unika? Czy istnieje jeszcze u nas coś, co kiedyś nazywało się „literaturą socjologiczną”? W kraju, w którym za wielkich autorów uważa się Stanisława Lema i Janusza A. Zajdla, jak poruszane przez nich problemy przejawiają się tu i teraz?
Tomek: Pierwszym autorem, który przychodzi mi do głowy, gdy myślę o współczesnym poruszaniu motywów politycznych, jest Michał Protasiuk. W zbiorze opowiadań Anatomia pęknięcia z roku 2021 mamy historię marketingowców prowadzących kampanie wyborcze w niedalekiej przyszłości oraz próbę zastanowienia się nad tym, jak to będzie wyglądało, gdy doprowadzimy do ekstremum zależności między sondażami a przekazem generowanym przez kandydatów.
Aktywni politycznie są też bohaterowie Dzieci jednej pajęczycy Olgi Niziołek – i co ciekawe, są tam postaci stojące po obu stronach „frontu”. Z jednej strony mamy przedstawicieli establishmentu, którzy widzą postępującą katastrofę ekologiczną, ale podejmowane przez nich pozorne próby ratowania sytuacji nic nie dają, i zachowują się, jak politycy ery korporacji – szukają winnego. A z drugiej strony mamy „zwykłych mieszkańców”, którzy widząc, jak jest źle, wychodzą na ulice, biorą udział w protestach i angażują się, nawet jeśli w podziękowaniu za to policja zapuka do ich drzwi.
Próbuję sobie teraz przypomnieć inne utwory, w których bohaterowie prowadzą aktywną działalność polityczną, ale które nie są umiejscowione w jakiejś konkretnej dawnej epoce ani nie dotyczą wojen między fantastycznymi krainami. Trudno mi zaliczyć elementy polityczne jako jakiś istotny czynnik czy to w Algorytmie wojny Michała Cholewy, czy w Opowieściach z meekhańskiego pogranicza Roberta M. Wegnera.
Niby wydawało się, że mamy modę na cyberpunk czy też podejście, że nawet gdy jakieś historie opowiadają o czasach mitycznych bądź o dalekiej przyszłości, to ich bohaterami są postaci współczesne – ale skoro te postaci nie angażują się w życie polityczne (mimo że często polityka dotyka je bardzo mocno), to, czy to nie jest właśnie wyrazem tego, jak to widzimy współcześnie? Że jednak polityka jest tym obszarem passe, którym wstyd się zajmować? Szczególnie to widać, gdy wracam do numeru socjologicznego „Białego Kruka” – bohaterowie tych tekstów doświadczają różnych rzeczywistości politycznych, mniej lub bardziej dystopijnych, ale są bardziej przedmiotami tej rzeczywistości niż podmiotami.
Żyją w tych światach, stykają się z codziennymi problemami i nawet potrafią je identyfikować, ale nie zastanawiają się nad ich przyczynami i nie mają potrzeby, żeby cokolwiek zmieniać.
Podsumowując – uważam, że polskie powieści mają bardzo dużo polityki, ale rzadko kiedy jest ona w centrum albo jest czymś więcej niż nakreśleniem realiów, bez większych przemyśleń na jej temat. A co wy o tym sądzicie?
Kurczak: Zaczynając od końca, przeczytałem ostatnio parę antologii: Harde bestie, Fantastyczne pióra i socjologicznego „Białego Kruka”. Mam zupełnie inne odczucie niż Tomek. Zwłaszcza w Bestiach sporo lokalnego urban fantasy, ale kurczę, mam wrażenie, że Polska to tylko teatralne dekoracje. Z chlubnym wyjątkiem Marty Kisiel, która swoją fantastyczną wędrówkę zaczyna od realnego problemu (bezpieczeństwo na drogach), cała reszta równie dobrze mogłaby się dziać gdziekolwiek. Tu jakieś PRL-owskie osiedle, tam kawałek miasta, jakaś wiocha pod Krakowem, o której trudno powiedzieć, czy jest w XXI, czy XIX wieku. Zamiana tych dekoracji na Francję, Bałkany czy Burkina Faso zupełnie nie zmieniłaby tych opowieści. Szczytem jest tekst o miodożercy, który bierze historię zakorzenioną bardzo mocno w kulturze USA i jeden do jednego przekłada na polską prowincję. Żeby mówić o zaangażowaniu, trzeba najpierw przestać ignorować rzeczywistość. Chciałbym przeczytać historię o wilkołaku wypchniętym na śmieciówkę, o wampirze, który chce zrobić zęby na NFZ, czy o tym, co polscy nadnaturale robili o 21:37.
Czytałem ostatnio (średnie zresztą) opowiadanie Nnedi Okorafor, które obracało się wokół ocalenia manuskryptów z Timbuktu podczas zdobywania miasta przez islamistów. Historia świeża, temat bolesny i trudny – takich chcę więcej.
Uważam też, że to, czy na poziomie świata przedstawionego bohaterowie angażują się w politykę, jest zupełnie bez znaczenia dla tego, czy tekst jest zaangażowany. Bohaterowie Gry o tron non stop politykują, a tekst jako całość zaangażowany jest średnio. Tymczasem bohaterka Unauthorized Bread chce tylko naprawić swój piekarnik, a to jeden z najbardziej zaangażowanych tekstów, jakie czytałem.
Cranberry: To ciekawe, że politycznego zaangażowania spodziewasz się akurat po lokalnym urban fantasy w Hardych bestiach, podczas gdy ja na hasło „polityka w Bestiach” w pierwszej kolejności pomyślałam o Dlaczego nie ma klanu kruka Aleksandry Janusz, które – chociaż dzieje się nawet nie w domniemanym, ale alternatywnym (jeżeli czyta się uważnie) paleolicie – jest na wskroś polityczno-społeczną deklaracją na temat tego, jak społeczeństwa mogłyby wyglądać i jaki stosunek można mieć na przykład do ról płciowych czy niepełnosprawności. To nie jest według mnie w najmniejszym stopniu tylko „kryminalna historia z nadnaturalnym tłem”.
Nie zapominajmy też o najbardziej jednoznacznym politycznie Jak strącić drona domowym sposobem Krystyny Chodorowskiej, czyli opowiadaniu rozgrywającym się w bliskiej przyszłości, oddalonej o jedno pokolenie (bohaterka jako dziecko przeżyła obecną wojnę w Ukrainie i uchodźstwo). Toczący się w nim konflikt zbrojny jest kontynuacją obecnego, w takim sensie, w jakim obecny jest kontynuacją wszelkich imperialnych wojen Rosji.
Z książek wydanych w zeszłym roku, oprócz Dzieci jednej pajęczycy Olgi Niziołek, też politycznie i też o katastrofie klimatycznej mówi Wściek Magdaleny Salik. O ile Pajęczyca to już bardziej oddalona dystopia (niesprecyzowany moment w czasie, umowne miasto – choć ewidentnie „u nas”), o tyle Wściek jest cyberpunkiem bliskiego zasięgu, takim na wyciągnięcie ręki, gdzie odruchowo zakładamy, że dzieje się w przyszłości – głównie dlatego, że zastosowane w powieści polityczne (a jakże) próby zażegnania klimatycznej apokalipsy w naszej rzeczywistości w takim akurat kształcie się nie wydarzyły, a samo ocieplenie klimatu (jeszcze) nie przekroczyło kluczowego punktu zwrotnego. Ale to wszystko należy traktować znacznie bardziej jako eksperyment myślowy „tu i teraz, zaraz za rogiem” niż rozważania o przyszłości odległej. Również we Wścieku bohaterowie bezpośrednio angażują się w działalność polityczną lub zajmują w praktyce konkretne stanowisko polityczne, wykonując swój zawód (wskrzeszenie mamutów nie jest w świecie powieści osiągnięciem czysto naukowym, pozbawionym kontekstu – i jako takie jest komentowane przez postaci). Temat dominacji w Arktyce jest w tej chwili – podobnie jak we Wścieku – tematem z głównych stron portali informacyjnych.
Kurczak: Jeżeli Wściek ma być głosem literatury zaangażowanej, to jesteśmy zgubieni. Nie mówię tu w ogóle o jakości tej książki. To opowieść o zmianach klimatu rodem z Dzień dobry TVN. Zaangażowania czy pazura u niej tyle, ile młodości w Kubie Wojewódzkim.
Po pierwsze, to nie bohaterowie znajdują rozwiązanie – robi to za nich AI. Czyli spoczko, nic nie zmieniajmy, może uda się wypromptować rozwiązanie problemu. Po drugie, zmiana odbywa się w ramach systemu, który istnieje. To nie zmiana, to tuning. Nie naruszamy fundamentów schyłkowego kapitalizmu, tylko malujemy mu fasadę na zielono. Po trzecie, książka myśli o zmianie w polityce w kategoriach kampanii marketingowej i budowania poparcia. Że świat tak nie wygląda, wystarczy spojrzeć na górników czy myśliwych – w budowaniu poparcia szorują po dnie, a mają wszystkie przywileje, o których tylko zamarzyli, gdy pielęgniarki, które wszyscy poważają, nie mają żadnych. Wściek to fajnopolackie podejście do zmian klimatu – progresywne, ale tak nie za bardzo i żeby nikogo nie zdenerwować.
To już nawet Ministerstwo przyszłości Kima Stanleya Robinsona wydaje się ostrzejsze i bardziej radykalne w kreśleniu wizji wychodzenia z dupy, w której jesteśmy. Jest przy tym wielokrotnie lepiej zresearchowane i dokładniejsze (co stanowi zarówno wadę, jak i zaletę). Polska fantastyka zaangażowana ledwie dogania wydaną trzydzieści lat temu Przypowieść o siewcy Octavii E. Butler.
Wściek nie jest ani specjalnie dokładny, ani specjalnie radykalny. Ot, taka telewizja śniadaniowa wśród climate fiction. To nie jest powieść, jakiej potrzebujemy, lecz taka, na jaką zasługujemy.
Tomek: Tylko czy każda wizja przyszłości, mówienia o tym, co będzie, bądź o tym, co może być, musi być radykalna? Mówisz, że to jest „podejście rodem z TVN”, ale pojawianie się takich utworów świadczy właśnie o normalizowaniu poruszania „tych” tematów i pokazaniu, że można o nich mówić językiem zrozumiałym dla odbiorcy współczesnej popkultury.
Bo też jesteśmy przyzwyczajeni, że literatura często jest pisana z punktu widzenia postaci znajdujących się raczej na dole drabiny społecznej – zwykłych ludzi radzących sobie z mniej lub bardziej trudnymi czasami, niekiedy nawet jakoś usytuowanych (bo jednak postaci mogące sobie pozwolić na przeżywanie kolejnych rozdziałów książki, zamiast w tym czasie pracować zawodowo – to jednak jest status co najmniej średni).
Ale czy nie przydałoby się więcej właśnie rozpolitykowania, w postaci prozy traktującej o marketingowym kreowaniu polityki (co robił Michał Protasiuk w Fikcji politycznej) czy też bohaterów wykorzystujących i mniej lub bardziej popierających to, co się wokół nich dzieje? Bo jednak gdybyśmy mieli sprowadzać polityczność tylko do radykalizmu i progresywności, to trochę wracamy do lat dziewięćdziesiątych i „samotnych strzelców” walczących ze złem.
Wracamy do tematu odnoszenia się do współczesności – że bez przetwarzania jej, nie wychodzimy poza zamierzchłą przeszłość. Tylko wtedy trzeba do końca zasypać ten dziwaczny podział na „fantastykę” i „obyczajowość” i wiedzieć, że właściwe wykorzystanie obu daje niesamowite efekty. Dlatego bardzo mi przykro, kiedy takie książki – skierowane do starszego czytelnika, bo nie do końca czuję się kompetentny w wypowiadaniu się na temat literatury traktującej o wchodzeniu w dorosłość – jak Olga i osty Agnieszki Hałas giną na rynku, a rewelacyjne Samosiejki Dominiki Słowik są kompletnie ignorowane w środowisku i doceniane tylko poza nim.
Kurczak: A kto ma być radykalny, jak nie literatura? To zawsze tak działa, że im większe (budżetami i widownią) medium, tym bliżej środka i czystej rozrywki. Nikt nie oczekuje od M jak miłość, że będzie miało ostre zdanie na tematy społeczne. Nowe myśli zawsze przemieszczają się od niszy do głównego nurtu. Jeżeli w niszach (jak fantastyka) nowe idee są wyrażane ostrożnie i sporadycznie, to nigdy nie przebiją się dalej. Żeby seriale takie jak Severance czy Biały Lotos trafiły do masowej publiczności, najpierw w niszy musiały powstać zalążki tych myśli w wersji bardziej radykalnej. W drugą stronę to nie zadziała.
W tym akurat aspekcie bardzo lubię podział na fantastykę i mainstream. Zacytuję Davida Brina: „Kiedy inne gatunki mają obsesję »odwiecznych pytań«, SF mierzy się z możliwością, że nasze dzieci mogą mieć zupełnie inne problemy i priorytety niż my”. Kultura głównego nurtu jest niezdolna do krytycznej analizy zmian technologicznych (i wynikających z nich zmian społecznych), jakie nas czekają. Potrafi albo bezkrytycznie je przyjmować (jak Maciej „dr Oetker” Kawecki), albo odrzucać w całości (TikTok zje nasze dzieci). Dlatego właśnie tak bardzo potrzebujemy dziedzictwa SF i szerzej fantastyki.
Grzesiek: Zastanawiając się nad waszymi wypowiedziami, bardziej skłaniam się ku zdaniu Kurczaka, że fantastyka jak najbardziej może być radykalna. Jednocześnie boję się, że mogę tu wyjść na hipokrytę, bo sam w doborze tekstów do „Białego Kruka” jestem bardziej zachowawczy i co poniektórzy, jak np. Magdalena Anna Sakowska (która w Fudze. Powieści polifonicznej podejmowała problemy społeczne), muszą mnie czasem metaforycznie bić po łbie, wskazując, że dany tekst jest ważny, mimo iż ma ciężki ładunek. Wracając do tematu i patrząc między Tomkiem a Kurczakiem – zgadzam się, że przystępna forma Dzień dobry TVN pozwoli dotrzeć do większej liczby czytelników. Co akurat Wściek Magdaleny Salik pokazał, bo jego rozgłos rozszedł się bardziej i był widoczny w różnych mediach po premierze. Z drugiej strony faktycznie, jeśli wszystko będzie owinięte w przysłowiową bawełnę, to nie wywoła efektu, jaki autorzy zaangażowani chcieliby wywrzeć. Nie wiem, czy jest tutaj możliwe odnalezienie złotego środka, bo trzeba by wybrać między zasięgiem a mocą.
Idąc dalej z analizą naszego polskiego poletka. Po numerze socjologicznym „Białego Kruka” doszedłem do wniosku, że minął czas podchodzenia do tematów społecznych w skali makro, biorących całość kompleksowo, jak u Zajdla czy Lema, a zaczął się etap skali mikro, czyli rozmów o konkretnych problemach, odciętych od reszty. Widzimy to chociażby w Perfekcyjnej harmonii Barbary Uznańskiej-Loch, gdzie mieliśmy problem małżeństw, albo w Oszukać system Joanny Turchan, poruszającym trudny temat macierzyństwa, aborcji i eugeniki. Wyłamali się Wojciech Moska z Wolnością słowa, gdzie cała populacja była pozbawiona zdolności mowy i porozumiewała się dzięki wszczepionej w mózgi sieci, oraz Adam Froń z Rezerwatem geniuszy, gdzie w żartobliwy sposób poruszył temat spadku inteligencji niczym z filmu Idiokracja.
Kurczak jednak i tak stwierdzi, że numer był bardziej psychologiczny niż socjologiczny.
Przywołam jeszcze jedno opowiadanie z „Białego Kruka”, które pasuje do tematu pytania, a może być bardziej ogólne. Konkretnie z numeru trzeciego. Mowa o Polityku doskonałym Krzysztofa Jurewicza. Opowiadanie opublikowane w 2018 roku mówi o świadomej sztucznej inteligencji oraz przyznaniu jej praw, również tych wyborczych. Mamy do czynienia z historią o zagrożeniach uzależnienia się od technologii. Opowiadanie z mocnym twistem, które może dużo powiedzieć o potencjalnych wizjach przyszłości demokracji.
Ogólnie, dzieje się i będzie dziać się więcej.
3. Jakie tematy?
Jakie tematy obejmujące zagadnienia społeczno-polityczne zauważyliście we współczesnej literaturze? A czy może są jakieś istotne elementy świata dookoła, które w naszej prozie kompletnie nie istnieją, a przejawiają się gdzie indziej?
Cranberry: Tak jak mówiliśmy wyżej, na pewno kryzys klimatyczny. Szeroko pojęte kwestie społeczne związane z rolami płciowymi (dożyliśmy czasów, kiedy użycie w języku polskim – akurat w języku polskim! – feminatywów jest polityczne i rozpala internety), tożsamością płciową, orientacją seksualną, prawami reprodukcyjnymi, prawami osób z niepełnosprawnościami. To jest – swoją drogą – dość ciekawe, że wrzuca się to często do jednego worka, podczas gdy są to kompletnie różne zagadnienia, i myślę, że można by nazwać ten worek „emancypacja”.
I właśnie – z racji zupełnie innego tła historycznego omija nas w Polsce cały temat emancypacyjny postkolonialny, rasowy, kulturowy i bezpośrednio polityczny, który przetacza się teraz na Zachodzie, a do nas docierają tylko pewne echa, których – powiedzmy sobie otwarcie – ogromna większość z nas, poza fachowcami, zupełnie nie rozumie, a mimo to każdy ma silne poglądy na temat tego, ile – hehehe, Inuitek lesbijek, hehehe – powinno być w serialach, które w ogóle nie są o naszym kręgu kulturowym. Zawsze powtarzam, że dopiero mocno po trzydziestce zrozumiałam, że wyrosłam w kraju, który na skutek działań Hitlera i Stalina był eksperymentem socjologicznym sam w sobie – stosunkowo jednolity (dodatkowo na siłę ujednolicany), zamknięty przed światem. To nie jest typowe ludzkie doświadczenie – wyrastanie w takim środowisku (które samo w sobie brzmi jak pomysł na science fiction dystopijne!). Powinniśmy zachowywać w tej kwestii pokorę w komentowaniu tematów, których nie znamy.
Mam nadzieję, że mamy już za sobą czasy straszenia Unią – autorzy chyba też lubią jeździć po nowych autostradach, nie bać się mafijnych strzelanin i nie musieć non stop dawać w łapę – chociaż może moja nadzieja jest na wyrost, skoro widziałam, że niektórzy nadal bohatersko nabijają się z PRL. Czy to jest takie świeże, na czasie i zrozumiałe dla czytelników przed czterdziestką?
Tomek: To, co jest dominującym tematem politycznym w wielu utworach, to są różne oblicza komentarzy na temat życia we współczesnym kapitalizmie i radzenia sobie z jego odmianami – Łukasz Kucharczyk pisze o kapitalistycznej edukacji wyższej, a Michał Protasiuk o styku technologii ze społeczeństwem. Jest bardzo dużo tekstów, szczególnie opowiadań, o zagubieniu człowieka i niezrozumieniu przez niego dzisiejszego świata – dla mnie to był przewijający się motyw większości opowiadań w socjologicznym „Białym Kruku”.
Zaś to, czego nie ma, to modele heterotopii – inne niż galopujący cyberpunk czy kolejne konsekwencje katastrofy klimatycznej. Wizja przyszłości, którą prezentuje Istvan Vizvary w Lagrange, jest dojmująca, ale szkoda, że w zasadzie jest jedyną dominującą.
Kurczak: Nie zgodzę się. Akurat parodie akademii u Kucharczyka wydają mi się tak dalekie od zaangażowania, jak to tylko możliwe. Argumentowanie, że przecież dzieją się w kapitalizmie, to już trochę „słoń a sprawa polska”.
Co do tego, jakie tematy – odpowiem wymijająco. Poruszamy wciąż za mało zaangażowanych tematów i robimy to zbyt mało radykalnie. Zwłaszcza pokazywanie alternatyw dla kapitalizmu idzie nam słabo. Rok temu do Zajdla nominowany był cyberpunk, który kompletnie nie rozumiał, na czym polega ten gatunek. Jeżeli chodzi o socjologicznego „Białego Kruka”, mam wrażenie, że był on wyjątkowo mało socjologiczny. Poza wyjątkami dużo mówił o jednostkach, o ich psychologii, a mało o społecznościach. Zupełnie jakby patronowała mu Margaret Thatcher z jej „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo. Są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny”.
Co do tematu postkolonialno-kulturalnego, uważam, że siedząc w pół drogi między Wschodem a Zachodem, z własną kolonialną przeszłością na Wschodzie, mamy na ten temat sporo do powiedzenia. Trzeba tylko chcieć. I liczę, że nowe pokolenia autorek i autorów to potrafią. Citius, Altius, Fortius!
Grzesiek: Z pewnością możemy spodziewać się większej liczby tematów związanych z kryzysem klimatycznym. Wspomniany już nieraz Istvan Vizvary w swoim Lagrange. Listy z Ziemi poruszył ciekawy motyw wymierania roślin, nie tylko z powodu zmian klimatycznych, ale również chorób. Jak nieraz wspominał w wywiadach i na spotkaniach autorskich, już teraz mamy przykłady chorób grzybiczych przetrzebiających zboża i trawy. Ogólnie wizje klimatycznych postapokalips i rozpadów społeczeństwa na plemiona mogą się nieźle u nas zakorzenić. Tak samo fikcje klimatyczne, co zresztą Fantazmaty pokazały antologią Gdy Ziemia miała nas dość.
Z kolei jestem pesymistycznie nastawiony do tego, że kiedykolwiek w naszym kraju pojawi się solarpunk pełną gębą. Jak wspominałem wcześniej, owa konwencja działa na Zachodzie i autorzy faktycznie starają się pokazać jakieś alternatywy prezentujące życie bardziej zgodne z naturą. U nas też są ludzie, którzy mocno promują ten nurt, jak np. Paweł Ngei, jednak jakoś nie widzimy wysypu książek lub opowiadań, a pojedyncze jaskółki wiosny nie czynią.
Cranberry, a potem Kurczak bardzo słusznie wspomnieli o postkolonializmie, ale z naszej polskiej perspektywy. Pełna zgoda, że to może się pojawić, a nawet powinno. Czemu? Bo to będzie oznaczało, że zaczęliśmy proces pojednania z naszymi najbliższymi sąsiadami ze Wschodu, zwłaszcza Ukraińcami. Oczywiście tragedii, które wydarzyły się w pierwszej połowie dwudziestego wieku, nie możemy zapomnieć, ale powinny one zostać wyjaśnione do końca. Zwłaszcza że nie ma dobrego i złego w tym konflikcie. Mam tylko nadzieję, że historie, które się pojawią, będą rozliczeniem obu stron, a nie biczowaniem, że tamci źli, a my ofiary – lub na odwrót. Miejmy też na uwadze, że to nie będzie łatwe. Zaboli do żywego wszystkich.
Myślę, że pojawią się również wątki związane ze sprawami społecznymi, ale one będą bardziej jako tło lub przedstawiane po łebkach niż wysuwane na pierwszy plan.
4. Podsumowanie
I co w zasadzie z tego wszystkiego wynika? Jakie daje nam to perspektywy na przyszłość oraz czy potrafimy powiedzieć, czym charakteryzuje się nasza proza zaangażowana bądź czego jej brakuje?
Cranberry: Pod wpływem naszej rozmowy, a przede wszystkim komentarzy Kurczaka, nabrałam rewolucyjnego zapału i owszem, bardzo chętnie poprę apel do autorów, by pisali z pazurem i bez kompromisów. Chociaż od razu zastrzegam – jak na zachowawcze dziecię najntisów przystało (urodziłam się w 1979 roku, ale formowałam się właśnie w najntisach, które obiecywały technokratycznym prymusom złote góry), sama nijak nie będę umiała na ten apel odpowiedzieć. Bo pisanie polityczne, ale nie łopatologiczne, jest trudne! I myślę, że wiele osób się ze mną zgodzi. Nie dość, że trzeba mieć jakieś odpowiedzialnie przemyślane poglądy do przekazania (chyba już nie jesteśmy w wieku, kiedy odpowiedzią na wszystkie pytania jest zburzenie starego porządku i wiara, że nowy sam z siebie stanie się lepszym – może dlatego, że oglądaliśmy ten proces na własne oczy i sami byliśmy częścią tego, jak nie stał się lepszym), to jeszcze trzeba umieć te poglądy nietandetnie opakować w literaturę.
Jednak po tych wszystkich zastrzeżeniach wierzę, że z każdą kolejną dekadą czy pięciolatką przybywają nam kolejni młodzi autorzy, a starsi rozwijają się osobiście i literacko – więc może należy nawoływać i ufnie czekać na odpowiedzi.
Tomek: Też mam wrażenie, że pod wieloma względami wciąż jesteśmy w latach dziewięćdziesiątych – wraz z pokazywaniem uczucia rozczarowania światem, w którym żyjemy, do zachodzących zmian, do technologii (nawet jeśli ta technologia otacza nas i aktywnie bierzemy udział w uzależnianiu się od niej), wreszcie do wzorców gatunkowych i tego, jak powinna wyglądać właściwa literatura.
Z jednej strony mamy wzór literatury psychologicznej, mocno koncentrującej się na przeżyciach osobistych i przemianach bohatera, a z drugiej – literatury przygodowej, w której nie ma miejsca na zastanawianie się, co tutaj się u licha dzieje.
Na szczęście czas płynie nieubłaganie, coraz więcej autorów i czytelników ma możliwość sięgania po nowsze rzeczy. Nie ma już potrzeby mówienia, że polska fantastyka to tylko Andrzej Sapkowski czy Jacek Dukaj. Wydaje mi się, że w tym momencie największą awangardą pisania współczesnego są książki Katarzyny Wierzbickiej czy Magdaleny Kubasiewicz – i mam nadzieję, że ten nurt będzie dalej szedł do przodu i będziemy mieli mocną literaturę polską i współczesną.
Oby jak najwięcej takich książek i jak najmniej kalek literatury anglojęzycznej.
Grzesiek: Będę podtrzymywał swoją tezę, że jesteśmy na początku okresu zwyżkowego, dzięki coraz bardziej powszechn aktywizmowi. Oczywiście kwestią jest, jaka ta proza zaangażowana będzie. Czy bardziej po łebkach i nachalna, czyli tandetna, rozwodniona i owinięta w bawełnę, czy może wiedziona duchem nowej rewolucji, który pociągnie masy.
O bogowie, aż przez moment sam też poczułem pewnego rodzaju rewolucyjne ciągoty. Zwróćmy jednak uwagę, że mimo iż teksty zaangażowane jak najbardziej mogą się coraz częściej pojawiać, to by mogły choć do ułamka ludzi dotrzeć, trzeba zarówno zapewnić platformę do ich publikacji, jak i selekcję oraz redakcję. Przy pracach nad numerem socjologicznym „Białego Kruka” (również oceniając siebie, jako redaktora naczelnego) doszedłem do wniosku, że to wcale nie jest łatwe zadanie, bo na każdym z tych etapów może coś nie zadziałać. Może nie być miejsca, które przyjmie utwory poruszające trudne tematy społeczne i polityczne. Między innymi z obawy przed atakami. W selekcji tekstów ktoś uzna, że to wcale nie jest ważny temat lub że został źle przedstawiony, i po prostu utwór odrzuci. Może trafić się redaktor, który nie zrozumie problemu zawartego w opowiadaniu lub powieści i wymusi zmiany, przez które całość straci swoje pierwotne przesłanie lub zostanie ono rozwodnione.
Trzeba jednak próbować, bo literaturę i świat budują ludzie, którzy chcą na niego wpłynąć, choć czasem nieżyczliwi rzucają kłody pod nogi.
Kurczak: Fantastyka to często nasze sny przekute w tekst. Kiedy pozwalamy, żeby dominowały w niej koszmary, żeby karmiła tłustego potwora naszego strachu, dzieją się rzeczy w rodzaju „dziadów fantastyki” – przerażające, choć czasem też piękne, jak twórczość Philipa K. Dicka. Fantastyka nie może bać się zmian, musi pozwolić, by nasze marzenia wypchnęły ją do przodu, na firmament. Dzięki temu będziemy mogli wytyczać według niej drogę. Chciałbym, żeby w fantastyce następnych lat było więcej marzeń niż koszmarów.